piątek, 23 kwietnia 2010

(untitled)


Wielbiciele Maison de plaisance Martina Margieli zacierają ręce, by już za moment nacierać się pierwszymi w historii belgijskiego domu perfumami. Nowy produkt stanowi dopełnienie dotychczasowej, odzieżowej twórczości opartej na komfortowym minimalizmie. (untitled) - bo tak brzmi nazwa zapachu wydaje się być przewidywalna, a i jego kompozycja nie zaskoczy żadnego olfaktologa. Jest świeżo, jak na chypre przystało. Bukszpan, żywica Galbanum, cedr, jaśmin, piżmo i gorzka pomarańcza. Pęk roślin zżętych tuż po deszczu - to wyobrażenie mieli w głowach anonimowi (jak nakazuje tradycja) twórcy receptury. Tak lekka kompozycja, jak łatwo się domyślić, nie charakteryzuje się trwałością, niemniej jednak efemerydy mają swoją wartość.
Kiedy na początku ubiegłego roku dotarły do mnie pierwsze wieści o debiutanckim 'fragrance project', zastanawiałem się jaką drogę wybierze Maison Martin Margiela. Może butelki napełnią jałową wodą destylowaną lub powstanie coś na wzór i podobieństwo antyzapachów Comme des Garçons - odór tonera fotokopiarki, przypalonego mleka, metalu, woń świątyń i klasztorów wszelkich wyznań wypełnionych dymem kadzidła. Ale czy tego rodzaju ekstrawagancja współgrałaby z ideą MMM?
Rozczarował mnie falkon (untitled) zaprojektowany przez Fabiena Barona. Butelka jak z półki w Body Shop - nihil novi. Bądź co bądź Martin umywa ręce. Po jego odejściu domownicy robią dwa kroki w tył (wiosenna kolekcja 2010), by za chwilę zrobić krok w bok, co czyni z Maison ciekawy obiekt obserwacji.
Na ramiona spiczastą marynarkę, na nos okulary L'Incognito na szyję (untitled) i w miasto.
f.

niedziela, 14 marca 2010

Good because Polish!


Artykuł o Krzysztofie Stróżynie (vel Krystof Strozyna) w marcowym Elle przypomniał mi sylwetkę tego projektanta, a zaprezentowana przy okazji kolekcja spring/summer 2010 zmobilizowała do uważnego przyjrzenia się fall/winter 2010 podczas tegorocznego London Fashion Week. Ten młody, polski designer do szycia ma dryg, choć niejednokrotnie zwierzał się, że w Central Saint Martins przeżywał horror, bo szyć nie umiał,  a jego portfolio było "dość raczkujące". Naukę krawiectwa dopiero w szkole wyższej winno się traktować jako zaletę - wzrok jeszcze dostatecznie nie zmętniał, zapał nie wystygł, a głowa pozostała pojemna i świeża.
Taką świeżością charakteryzują się ubrania dwóch ostatnich kolekcji. Jego projekty stają się zauważalnie nie dzięki rażącym kolorom, przerafinowanym formom, cekinom, falbanom i całej tej sztampy, którą serwowali kiedyś za granicą inni polscy projektanci, tylko po to by krzykiem dać o sobie znać. Stróżyna stawia na prostotę w cięciach, wręcz laserowych, a zamiast manierystycznymi deseniami operuje wysublimowanym printem (przywodzącym na myśl obrazy Georgii O'Keeffe) na jedwabiu, wiskozie i satynie. Obciążona przez krój i dodatki (ręcznie robiona drewniana biżuteria) eteryczność nie jest nudna. Jest bardzo kobieca i szlachetna - dlatego, wśród swoich klientek Stróżyna chętnie widziałby Monicę Bellucci, a jest na dobrej drodze.












poniedziałek, 8 marca 2010

The Blue Epoche

Była fuksja, jej krewny fiolet, demonicznie brzmiąca musztarda i nieposkromiona cytrynowa żółć. Dziś w modzie do głosu dochodzi błękit. W sztuce, ten podstawowy kolor, był niekiedy uważany za niepotrzebny lub stawał się wyznacznikiem złego gustu. Innym razem nadawano mu walor mistyczny, a kupno odpowiedniego pigmentu nierzadko wiązało się horrendalnym nadwyrężeniem budżetu. W starożytności (np. w symeryjskim rzemiośle artystycznym) lapis lazuli przysługiwał jedynie władcom. Siedemnastowieczni Holendrzy za błękitny barwnik płacili jak za złoto, a dokładnie jak za aurypigment. Jan Vermeer słynął z zamiłowania do niebieskiego, co łatwo zauważyć w Dziewczynie z perłą (ok. 1665) czy Czytającej list (ok. 1663-1664). Jednak w historii sztuki jedna tylko postać oddała tej barwie całą swoją karierę - mowa o Yves Kleinie. Ten francuski malarz opatentował swój własny odcień błękitu pod nazwą International Klein Blue. Recepturę znał jedynie artysta i zaprzyjaźnieni chemicy, co koresponduje z dawną alchemiczną mistyką. Kolor miał być nasycony i odporny na światło, a sam wytwarzać aurę sui generis. Klein równomiernie pokrywał płaszczyznę płócien intensywną ultramaryną (Monochrome bleu). Otwierał tym samym nieograniczoną przestrzeń złożoną z tego co niematerialne i emanującą niematerialnością. Błękitu nie sposób lekceważyć. Jego właściwości pozwalały zastępować neutralną z natury, klasyczną czerń. Tak działo się choćby w malarstwie impresjonistycznym.

Dziś zauważamy to w modzie - od ekskluzywnego haute couture po dział casual w ogólnodostępnych sieciówki. Jeansowe indygo, dumny pruski błękit, energetyczny electric blue czy krzykliwy cyan nie tylko doskonale komponują się z czernią, lecz godnie ją zastępują. Na wielu pokazach niebieski akcent okazał się obowiązkowy. W najnowszej kolekcji H&M nie trzeba się go doszukiwać, bowiem gra pierwszoplanową rolę. W The Blues wszystko jest niebieskie. Monotonii zapobiegają romboidalne wzory, kraty i pasy. Poliester i ekologiczna bawełna (w tym obowiązkowy denim) nadają lekkości. Świeżość na miarę kolekcji resortowej. Czy błękit zdominuje najbliższe sezony? Wątpliwe, ale chłodna odmiana nikomu nie zaszkodzi - szczególnie w spring/summer.

Więcej o Vermeerze na portalu Artsy: https://www.artsy.net/artist/johannes-vermeer

środa, 3 marca 2010

Fin de siècle

Ze smutkiem ogląda się nową kolekcję ze świadomością, że jej twórcy już nie ma. Pre-fall zdaje się być nadzwyczaj obfita jak na "pre". Jest bardzo angielska. Motywy strzępów Jacka the Ripper mieszają się z wiktoriańską butwiejącą koronką i nieskazitelnym tweedem wprost z Royal Ascot. King McQueen przeniósł kościane wzory z męskich kombinezonów na symetrycznie drapowane suknie. Wiosenno-letnią ćmę zastąpiły wzory floralne, których nie powstydziłby się żaden artysta fin de siècle'u. Zimne róże, fiolety, rdzawe pomarańcze i burgundy nabrały silniejszego wyrazu dzięki połyskliwym materiałom. Stylistyka oscyluje między secesyjną kreską, wijącą się tu i tam a abstrakcyjną plamą mniej lub bardziej ujarzmioną. Interesujące jest to, że przez pre-fall 2010 przebija się nie jedna, lecz kilka wcześniejszych kolekcji. Zwykłe review, czy antycypacja tego, co stało się jedenastego lutego? Mam nadzieję, że to pierwsze.

complete collection

piątek, 19 lutego 2010

It's up to you, New York, New York...


Nowojorski Fashion Week dobiegł końca. Cieszę się, bo już za chwilę przed nami swe wdzięki odkryje Londyn, a po nim Paryż, wobec którego mam największe oczekiwania. Wielkie Jabłko okazało się dla mnie zbyt twarde do ugryzienia i wcale w ustach się nie rozpływało. Niemniej jednak postanowiłem wyróżnić trzy kolekcje. Łączy je prostota, upodobanie czerni oraz szlachetność materiału.
Już pierwszego dnia modowego tygodnia BCBG Max Azria (Max i Lubov Azria) zaprezentował szykownie drapowane sukienki, których wzory i barwy zakomponowano w zgodzie z hard-edge. Ubolewam, że styl ten spotyka się niezwykle rzadko na ulicach, mimo iż w świecie mody jest jedną z ważniejszych estetyk. To swego rodzaju fenomen - choć minimalizm ma rzeszę zagorzałych wielbicieli, hard-edge, jako odmiana minimalizmu, wydaje się być niezauważalny.
Czarne krawędzie z tkanin mają swoją kontynuację w pasach butów. Kompozycja totalna. Forma prosta nie oznacza wcale ciężka. Kreacje Azria sprawiają wrażenie wręcz zbyt lekkich jak na jesienny sezon. Zwiewna prosto i asymetrycznie cięta tkanina, upinana w różnych miejscach spływa wzdłuż ciała. Nazwa marki odzwierciedla charakter kolekcji: bon chic, bon genre.

Donna Karan bawiła się w lepienie z plasteliny. Przynajmniej tak wyobrażam sobie proces projektowania kolekcji fall 2010. Jeden kolor rozciągała, fałdowała, strzępiła i cięła w taśmy. Przy ograniczonej palecie barwnej (czerń, biel, grafit, turkus i fuksjowy akcent) Karan wykorzystała różnorodne tkaniny (satyna, kaszmir, laminowana wełna i futro),dzięki czemu uzyskała bogactwo tekstur i kształtów. Ubrania raz podkreślały kobiecą sylwetkę, a raz stanowiły dla niej "futerał". Wysokie, drapowane kołnierze w kształcie mandorli optycznie wydłużały szyję. Pojawiły się popularne bombki i szerokie ramiona. Kontynuując ten tok myślenia o projektowaniu Donna Karan mogłaby prowadzić dom Givenchy, ale nie odbierajmy chleba Riccardo Tisciemu, bowiem tworzy rzeczy godne. 

Wisienkę na torcie położył pozytywnie nakręcony Jeremy Scott. Kolekcja, na którą przyjemniej się patrzy niż o niej mówi.