poniedziałek, 8 czerwca 2009

and the winner is...

W momencie, w którym na uniwersytetach rozpoczyna się sesja, w Brytanii swój test zdali artyści. 8 czerwca poznaliśmy dwustu szczęśliwców. Na pierwszym miejscu figuruje ojciec kubizmu Pablo Picasso. Pierwsza dziesiątka prezentuje się następująco:

1. Pablo Picasso (21587)
2. Paul Cézanne (21098)
3. Gustav Klimt (20823)
4. Claude Monet (20684)
5. Marcel Duchamp (20647)
6. Henri Matisse (17096)
7. Jackson Pollock (17051)
8. Andy Warhol (17047)
9. Willem de Kooning (17042)
10. Piet Mondrian (17028)

Lista nabiera sensu dopiero po wybraniu tych dwustu artystów. Dopiero wynik każe zastanawiać się, dlaczego jedni są wyżej, inni niżej na liście.
At first glance, the results of this poll may seem rather predictable — but the longer you look, the more telling the quirks and anomalies become. This is precisely its point. It’s not there to agree with. It is there to argue against. - komentarz z The Times. Zachęcam do lektury.

niedziela, 8 marca 2009

Idea trójkąta

Tych, którzy zdążyli już zakochać się w formach tworzonych przez Garetha Puch, ucieszy wieść, że pojawiła się nowa kolekcja - autumn/winter 2009. Sam Pugh podkreśla, iż tym razem odchodzi od wcześniejszej tendencji. Poprzednio pracował nad sylwetką przypominającą odwrócony wierzchołkiem w dół trójkąt, a więc obszerną w górnej partii i zwężającej się ku dołowi. Tym razem trójkąt ten obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Nie rezygnuje z ciemnej gamy barwnej. Oprócz szlachetnej czerni pojawia się hematytowa srebrzystość i połyskliwa miedź. Gareth oznajmił, że ta kolekcja nie ma nic wspólnego z kosmicznymi podróżami, ale z tym co jest pod ziemią. Na ile znajduje to odzwierciedlenie w samej kolekcji, musimy ocenić sami. Proste formy żyją w zgodzie z Pugh'owskimi nadmuchiwanymi materiałami. Wielu krytyków nie boi się jednak twierdzić, że Gareth Pugh zaczyna łapać równowagę. Nie ekstremizm mu w głowie, ale klasycyzujące kształty. Niektóre projekty zyskują cechy sukienek Prady czy uniformów Yves Saint Laurent (fall 2008). Wszystko to oprawione w kolejny bardzo dobry soundtrack autorstwa Matthew Stone'a. Kolega Pugh'a lubuje się w korzystaniu z sampli znanych utworów muzycznych - m.in. "The Dull Flame of Desire" Björk, "William's Blood" Grace Jones oraz tematu głównego "Psychozy" Bernarda Herrmanna. Tym razem Stone skorzystał z dźwięków skomponowanych przez Krzysztofa Pendereckiego do "Lśnienia" Kubricka. Utwór różni się nieco od poprzednich, bowiem ma więcej wspólnego z dark ambientem, glitchem lub noisem niż z poprzednimi kompozycjami inspirowanymi klubowym Londynem. Gareth Pugh się zmienia, ale jego prace nie tracą na jakości. Zyskują nowy charakter. Cała oprawa wizualna konstruuje nową atmosferę, która zapiera dech w piersiach i pozostawia wzrok w bezruchu.
film Gareth Pugh A/W 09

piątek, 13 lutego 2009

Vote or die!

Przeszywa mnie nieprzyjemny dreszcz. Rzadko mi się to zdarza, szczególnie, czytając artykuły o sztuce, a konkretnie o współczesnym artworldzie. Nie jest to zwykły dreszcz, jaki towarzyszy oglądaniu działań akcjonistów wiedeńskich, obrazów Gigera czy fotografii Joela Petera Witkina. Ten dreszcz powoduje, że krew w żyłach wrze - z irytacji.
Ad rem! Znana wielu galeria Saatchi w Londynie (we współpracy z "The Times") zabrała się za nietypową akcję. Ogólnoświatowe głosowanie na 200 najważniejszych artystów, począwszy od 1900 r. do dziś. Zjeżył mi się włos na głowie. Przedsięwzięcie brzmi nieco dziwacznie i abstrakcyjnie (a może odważnie?), no ale przecież kusi niebywale, bo kto nie jest ciekaw listy przebojów. Wybrać dwustu z ponad wieku (i to dorodnego XX wieku) to nie lada zadanie. A lista jest obszerna. Nie brakuje na niej nazwisk znanych tak bardzo, że bardziej się nie da (Picasso, Pollock, Duchamp). Obok weteranów, rzekłbym stylobatów, są mniej znani szerszemu gronu, ale równie wpływowi (Delaunay, Burri, LeWitt). Nie da się ukryć, że bez tych postaci trudno jest zgłębiać tajniki historii sztuki. Oddać głos można tu - warunek jest prosty, klikać "vote" można przy nieograniczonej ilości artystów, ale tylko raz na tego samego. Twórcy listy nie mogli, rzecz jasna, zamknąć jej pomijając innych artystów (szczególnie tych nam współczesnych), dlatego też do 18 lutego 2009 roku można nominować niewspomnianych.
To, że z artystów wysokich lotów robi się gwiazdy na miarę popartu, przeżyję. Trudno mi jest się przekonać do jednej persony na tejże liście - Wilhelm Sasnal. Nie jestem jego miłośnikiem (eufemizm), ale też nie jest mi obojętny. To nie jedyny Polak wśród wymienionych. Znaleźć można M. Abakanowicz, K. Wodiczko, T. Kantora, M. Bałkę (który, nota bene, zaprezentuje swoje instalacje w Turbin Hall Tate Modern - jako kolejny artysta Unilever Series). To doprawdy niebywałe, że wśród wielkich mistrzów znalazły się niektóre osoby określane mianem "the most influential". ArtBaazar zachęca do nominowania innych Polaków. Pojawili się więc R. Bujnowski, W. Bąkowski, J. J. Ziółkowski, B. Kiełbowicz, A. Chaberek, W. Gilewicz, M. Kowalik, K. Owsianko i inne fantasmagorie. Nie mam krzty wątpliwości co do tego, że ani Sasnal, ani jemu podobni, nie znajdą się w tej "top 200". Nadzieję, że będzie odwrotnie niż myślę, pozostawiam określonemu kółku wzajemnej adoracji.
Wyniki poznamy w maju tego roku. Tylko jaki to ma cel?

niedziela, 1 lutego 2009

Alexander the Ripper

Chociaż zaplanowałem poświęcić kolejnego posta czemuś innemu, nie mogę pozostać obojętny wobec tego, co ostatnio wpadło mi w oko. Kolejnych kilka słów (podziwu) kieruję w stronę Alexandra McQueena. Po nie bardzo udanej kolekcji na wiosnę 2009 (która jest niejako kontynuacją wiosny 2008) Brytyjczyk prezentuje wspaniale skrojone, a niektóre rozkrojone w półstrzępy, kreacje.
Pomysły ma znów klawe. Nie będę nic więcej (na razie) mówił. Skojarzenia rodzą się same. Enjoy.
complete collection

niedziela, 14 grudnia 2008

Gibberish

Dreszczy ciąg dalszy. Kolejny dowód na to, że piękne równa się brzydkie i vice versa. Nie rozstawajmy się z uczuciem przyjemnej abominacji, bowiem przyda się przy obserwowaniu kolejnego przykładu - tym razem nie okiem, lecz uchem.
"Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne - nie potrafi oddać wyrazu; muzyka jest tworzona dla niewyrażalnego" - słowa Claude'a Debussy doskonale pasują do dzieła (i nie waham się użyć tego słowa), które nazwane zostało "Nameless" - bezimienne, pozbawione nazwy. Pragnę poświęcić słów kilka utworowi, który jest dzieckiem islandzkiej piosenkarki Björk i irańskiej twórczyni muzyki elektronicznej Leili Arab i który jest inny niż wszystko co dotychczas powstało.
Utwór składa się z dwóch płaszczyzn - muzycznej i wokalnej. Zarówno ta pierwsza, jak i druga są w pełni improwizowane. Ale jak można skomponować piosenkę, w której, oprócz dźwięków, także i tekst jest improwizowany? Właściwie brak tekstu - Björk posługuje się bełkotem (gibberish), quasiislandzkimi wyrazami nie z tego świata. Są na tyle plastyczne, by dostosować się do muzyki. Głos jest w dużym stopniu używany jako kolejny instrument. Leila wychwytuje poszczególne dźwięki, modyfikując je elektronicznie. Tajemniczy charakter "Nameless" wzbudza strach, a jednocześnie emanuje spokojem, wprowadza w trans, znieczula. To dzieło osadzone na granicy zwartej kompozycji muzycznej i no-music. Utwór, wykonywany na żywo w siedemnastu krajach podczas tournée Björk w 2003 roku, stanowi niespokojny, dezorientujący słuchaczy przerywnik. Siedemnaście koncertów to siedemnaście różnych wersji "Nameless". Każda jest unikatem. Ich długość waha się między 3,5 do ponad 7 minut i pełen jest biomorficznych basów, krzyków, dźwiękowych pętli i niekiedy białego szumu.
Atmosfera, jaką tworzy to dzieło, spodobała się Matthew Barneyowi (geniuszowi, nota bene życiowemu partnerowi Björk). "Nameless" przybrał nazwę "Storm" i stanowi jeden z najbardziej poruszających utworów ścieżki dźwiękowej do "Drawing Restraint 9" Barneya. Dwa arcydzieła w jednym.
Imponderabilia to rzeczy nieuchwytne, nie dające się zważyć, zmierzyć, dokładnie określić, mogące jednak oddziaływać, mieć znaczenie, wpływ (wg Kopalińskiego). Tym trudniej jest mi opisać wspaniałość tego utworu. Pozostaje mi tylko zachęcić Was do zapoznania się z "Nameless" i zbudowania o nim/z nim własnego wyobrażenia.
f.


wtorek, 9 grudnia 2008

Ubrania nie do ubrania.


Fenomen Central Saint Martins College of Art and Design może polegać na tym, że nie jest to typowa akademia kształcąca przyszłych artystów. "Artystyczny nieład i bałagan", będący często wizytówką szkół artystycznych, został zastąpiony żelazną dyscypliną. Duży nakład położono na techniczne umiejętności przyszłych projektantów. Szkoła kształci nie tylko znakomitych designerów, potrafiących wymyślać całe kolekcje, ale również wspaniałych rzemieślników, zwracających szczególną uwagę na jakość wykonania projektów.

Krzysztof J. Łukasik, gazeta.pl
Nic więc dziwnego, że prace Westwood, McQueena, McCartey, Galliano, które kształtowały się w takiej atmosferze, są podziwiane, doceniane i traktowane jako ikony, z których nie tyle można, co trzeba brać przykład. Projektant, któremu poświęcona jest ta nota, stoi na równi z wyżej wymienionymi, a jednocześnie egzystuje na marginesie. Mowa oczywiście o Gareth'ie Pugh. Na twarzach oglądających jego projekty rysują się uśmiechy, grymasy zaskoczenia, a i niezwykle łatwo domyśleć się co skrzy się w ich głowach - pytania: jak można to nosić? stwierdzenia: oszalał. O ile w świecie haute couture pojawiły się kreacje wielu projektantów, o tyle (śmiem twierdzić) tylko Pugh w pełni oddał się "ubraniom nie do ubrania". Kto odważyłby się wyjść na ulice, choćby najbardziej liberalnego miasta w lateksowej masce, neogotyckim henninie czy przebraniu nadmuchanego pseudokróliczka? Nie przeczę, zagłębiając się w arkana mody znaleźć można nazwiska Christophe'a Coppensa (żakiety-jelonki, ubrania złożone z dwóch bijących się postaci i konarów z siedzącym na nich ptakiem), Sandry Bucklund (mistrzyni robótek ręcznych), Jean-Charlesa de Castelbajaca (kostiumy w kształcie angielskiego zamku, clowna, futra z pluszowych misiów) i Husseina Chalayana (Table Skirt, suknie z laserowo ciętego nylonu i plastikowe obudowy odzieżowe), ale nikt nie jest tak radykalny w swoich posunięciach jak Pugh. Ktoś jednak może mi zarzucić uogólnianie (opierając się o ostatnią kolekcję Garetha prezentowaną w Paryżu - spring09), mogę jedynie powiedzieć, że wyjątek potwierdza regułę lub starać się wymienić elementy unwearable.
K
to to nosi? Mało kto. Prace Pugh można bez problemu rozpoznać na ciele Róisín Murphy (teledysk Overpowered, okładka singla Let Me Know), Beth Ditto (w prześwietnej sesji dla POP Magazine), Kylie Minogue (w teledysku In my Arms). Wierną dziełom Pugh jest ta pierwsza, ale o Róisín Murphy i jej wyczuciu stylu należałoby poświęcić osobny artykuł. Nie trudno zauważyć, że tego rodzaju strojów nie znajdziemy w sklepowym dziale casual. W kolekcji fall/winter 2006 Pugh zaprezentował "paradę arlekinów o perwersyjnym wyglądzie", wykorzystując cyrkowy makijaż, pomponowe fryzury, buty doktora Martensa i niemalże nieodzowny materiał - winyl. Charakterystycznym zabiegiem niwelującym przesyt jest repetycja lub kontrast kształtów, kolorów, itd. elementów ubioru: poduszkowate uwypuklenia - ściśle przylegajace do ciała lateksowe tkaniny, czerń i złoto (później także ulubione zestawienie Pugh - czerń i biel). Stroje nie zawsze są na usługach sylwetek noszących je osób. Postacie są jednocześnie zindywidualizowane i anonimowe. Różnorodność kształtów dezorientuje naszą zdolność do określania płci modeli. Najlepszym tego przykładem jest spring/summer 2007. Czarno-biała szachownica, lateksowe maski, dmuchane kurtki i szpiczaste rękawy tworzą człekokształtne twory. To nietypowe podejście do mody, ale nie wszystko musi być idealnie dopasowane, zwiewne i przyjemne. Granica między pięknem a brzydotą staje coraz bardziej niewidoczna. Sześcian zamiast głowy, monumentalne krezy, invisi-heels, kwadratowe kajdany... a wszystko to prezentowane w rytm postindustrialnego, londyńskiego rytmu Matthew Stone'a. Każdy zobaczy to co chce. Czy piękne jest to co jest piękne? Czy piękne jest to co się podoba? Pugh: "I was sick of people saying, 'It's crazy.'"
f.

by
Gareth Pugh, Matthew Stone and Nick Knight: