poniedziałek, 30 lipca 2012
wtorek, 10 lipca 2012
ARTEON: Przy jednym stole
W rubryce "Zaprojektowane" lipcowego magazynu o sztuce współczesnej Arteon znajduje się mój artykuł poświęcony wystawie "Schiaparelli and Prada: Impossible Conversation" w The Metropolitan Museum w Nowym Jorku. W kilku słowach charakteryzuję towarzyszący ekspozycji film, początki karier wielkich dam świata mody, ich wizjonerskie spojrzenie i młodzieńcze dziwactwa, dzielące je opinie oraz wiążące upodobania.
Poniżej fragment drukowanego tekstu. Czasopismo odnaleźć można między innymi na półkach salonów Empik (numery archiwalne można zamawiać na stronie magazynu Arteon - link). Enjoy!
Przy jednym stole. Niemożliwe rozmowy Schiaparelli i Prady
Wojciech Delikta
http://www.arteon.pl/
poniedziałek, 9 lipca 2012
Światła Anthony'ego McCalla
Niepokojąca czerń rozlewa się po pomieszczeniu, dociera do jego najskrytszych zakamarków i tuszuje wszelkie krawędzie. Całą przestrzeń spowija mrok. Unoszące się chaotycznie kłęby bezwonnego dymu intensyfikują wrażenie dezorientacji i klaustrofobii. Główną rolę odgrywa jednak nie dotkliwa ciemność, lecz to, co ją rozprasza i porządkuje – światło. Jego stożkowe snopy, wydobywające się z jasnych punktów ponad głowami widzów, niczym nóż rozcinają duszącą pomrokę, robiąc miejsce dla siebie. To światło jest czyste i zimne; porusza się powoli, nie drży, nie razi w oczy. Precyzyjnie kreśli na posadzce powykrzywiane linie. Daleko mu do trywialności scenicznych reflektorów.
Autorem tej wyjątkowej projekcji jest nowojorski artysta – Anthony McCall, zaś miejscem, gdzie się ona odbywa – berlińskie muzeum Hamburger Bahnhof. „Five Minutes of Pure Sculpture” to pierwsza niemiecka monograficzna ekspozycja prac tego twórcy i z pewnością obecnie jedna z najbardziej zjawiskowych. Tytuł wystawy może wprowadzić w zakłopotanie, podobnie jak panujące warunki w galeryjnej sali. Realizacje McCalla balansują bowiem na trzech płaszczyznach: kinematografii, rzeźby i rysunku. W 1973 roku, u początku kariery artysty, powstało dzieło „Line Describing a Cone”. Staromodny kinowy projektor wyświetlał film, w trakcie którego na ekranie z każdą sekundą tworzył się zarys okręgu. Kinematograficzny charakter realizacji McCalla (także tych prezentowanych w Berlinie) tłumaczy się zatem filmową techniką, działaniem w czasie oraz animowaniem ruchu. Ponadto, formowane światłem stożki (efekt Tyndalla), jakkolwiek ulotne, stanowią trójwymiarową, wolumetryczną strukturę. Paradoks tych rzeźb tkwi we wrażeniu, jakiemu ulega widz. Choć wydaje się, że ma on do czynienia z czymś stabilnym, solidnym, niemal przedmiotowym, to jego dłoń rozwiewa misternie kształtowaną iluzję. Reakcje oglądających (próby pochwycenia światła i poruszanie się w nim) dowodzą niemal taktylnych właściwości prac McCalla. Tak oto ciało człowieka staje się ich immanentną częścią.
Ostatecznie, u podstawy świetlnej kolumny znajduje się dwuwymiarowy, nieustannie zmieniający się rysunek, za którym widz wodzi wzrokiem.
Eteryczne projekcje Anthony’ego McCalla sprawiają, że ciemność panująca w pomieszczeniu staje się mniej przejmująca, a bardziej kontemplacyjna, w której myśli – jak wiązki światła – ulegają skupieniu.
f.
Anthony McCall. Five Minutes of Pure Sculpture
Hamburger Bahnhof Berlin, 20.04-12.08.2012
sobota, 30 czerwca 2012
Nowy Jork bez początku i końca
Niebywale trudno dać początek tekstowi o Nowym Jorku, tak samo jak wyznaczyć początek i koniec tego miasta - jedynego w swoim rodzaju. Dla jednych Nowy Jork zaczyna się na chaotycznym i migoczącym od reklam Times Square, dla innych w rozleniwionym Central Parku. Są opinie, że Big Apple kończy się gdzieś w pełnym przepychu China Town lub w milczącym Cloisters. Niełatwym zadaniem wydaje się też wskazanie tego, co w tej metropolii wyjątkowe, bowiem wyjątkowe jest niemal wszystko. Jeśli ktoś znajdzie przewodnik, na stronach którego znajdzie się cały Nowy Jork - z jego widokami, dźwiękami, zapachami, ludźmi, rozmowami i szeroko pojętym życiem codziennym - niech da mi znać.
Mój tekst nie pretenduje do roli wszechstronnego przewodnika. Wręcz przeciwnie. To krótka, osobista notatka po pobycie w Wilekim Mieście.
Gdy wsiadasz do nowojorskiego metra licz się z tym, że podróż będzie długa (nawet jeśli twoim celem jest tylko następny przystanek). Długa - nie znaczy nudna. W wagonie stoi pielęgniarka - już gotowa do pracy w szpitalu. Zdradza to turkusowy kombinezon, który wbrew pozorom na sterylny nie wygląda. Tuż obok businesswoman - w sztywno wyprasowanym czarnym żakiecie, grafitowej spódnicy i białych adidasach (ile bowiem godzin można paradować w szpilkach!). To widok, do którego Europejczykowi nadal trudno się przyzywczaić. Naprzeciw mnie młoda kobieta. Domyślam się, że wierna klientka sklepów na pewnym odcinku Piątej Alei lub Madison Avenue. Ma na sobie tyle brandów, że można z nich ułożyć cały alfabet. Okulary od P, torba od H, kurtka od G, buty od L,... Moja stacja, wysiadam.
W Nowym Jorku żyje ponad osiem milionów osób. Trzeba mieć odporną na ból głowę i szeroko otwarte oczy, by tłum nie zlał sie w jednolitą masę, a odsłonił mozaikę indywidalności. Nawet w zdominowanych przez stado turystów miejscach, w polu widzenia może nagle pojawić się Kris Van Assche opierający się o balustradę Guggenheim Museum.
Wielu miłośników mody za początek Nowego Jorku uznaje punkt przy Pulitzer Fountain, gdzie na wyciągnięcie ręki rozciąga się amfilada butików Louis Vuitton, Chanel, Tiffany, Bottega Veneta, Bvulgari i wielu innych. Ja proponuję nieco skromniejsze, ale równie imponujące miejsce - Bleecker Street na West Village, nieopodal złowieszczo brzmiącego Meatpacking District. Warto przyjść tu przed południem, by w towarzystwie seniorów uprawiających tai chi zjeść arcysłodkie cupcake z Magnolia Bakery. Gdy sklepy otworzą już swoje podwoje należy koniecznie zajrzeć do jedynej w swoim rodzaju księgarni "Bookmarc" Marca Jacobsa, a następnie do sąsiadujących z nią salonów Mulberry, Burberry, Karl (tego Karla), Zadig & Voltaire lub rdzennie amerykańskiego Michaela Korsa. Stąd dzieli nas jedynie kilka przecznic od zachodniego nadbrzeża Manhattanu, skąd rozpościera się widok na "zakompleksione" Jersey City.
Na wschodniej stronie "miasta, które nigdy nie śpi" rozlewa się olbrzymi Brooklyn - mekka awangardystów. Są tu punki i hip-hopowcy, swaggerzy i hipsterzy, artyści i "robole", joggerzy i jogini palący trawę. Obok American Apparel i Urban Outfitters znajdą się second-handy i sklepy z niszowymi markami projektantów z półśwatka. Wszystko się miesza w najwspanialszy mix, dający powiew świeżości i silną dawkę inspiracji. Miejsce, które odbiega od szklanego Manhattanu i do którego chce się przyjeżdżać niemal codziennie.
Nowy Jork zasługuje na hojne opisywanie - na panegiryki i peany. Jest on bowiem miastem-zjawiskiem, które ma w równej mierze tyle zalet, co wad. Nie ma jednego oblicza i charakteru. Swą różnorodnością oraz siłą witalną w tym samym stopniu zachwyca i przeraża. Słowa z piosenki LCD Soundsystem: "New York, I love you, but you're bringing me down" - jakkolwiek kokieteryjne, są prawdziwe. Należy więc robić sobie przerwy, by znowu mocno zapragnąć tam wrócić i znów poczuć smak lurowatej kawy, posłuchać w metrze jazzu na żywo i zobaczyć brylanty u Cartiera. Pragnienie to - w przeciwieństwie do Nowego Jorku - nie ma końca.
f.
fot. archiwum autora ©
sobota, 31 marca 2012
czwartek, 8 marca 2012
Muzyka milczenia i piosenka miłosna
Niezwykle kruche, ulotne i jakby na wpół senne dźwięki wydobywają się co chwilę z absolutnej ciszy. Unoszą się, by zaraz opaść i znów zniknąć. Wysokie oraz niskie tony tworzą harmonię i tylko w ułamkach sekundy odwracają się od siebie, podążając własnymi drogami. I choć delikatne, mają siłę świątynnych dzwonów. Tą wyrafinowaną muzyczną strukturą jest „Für Alina” autorstwa Arvo Pärta. W utwór estońskiego kompozytora wsłuchiwały się studentki Royal College of Music, które uwieczniła Bettina von Zwehl. Jej zdjęcia mogliśmy do niedawna obejrzeć w poznańskiej Galerii Fotografii pf. Artystka stworzyła swoim modelkom specyficzne warunki. Zamknięte w zaciemnionym pomieszczeniu, siadają za stołem i absorbują z wolna płynące dźwięki. Kompozycja Pärta ma wyjątkowy charakter. Powstała w 1976 roku, po ośmiu latach studiowania muzycznego języka łacińskiego średniowiecza (głównie chorału gregoriańskiego) oraz monastycznej praktyki atoskich hezychastów, prowadzącej do całkowitego wyciszenia.
Pierwiastek medytacyjny twórczości Pärta nie pozostaje bez znaczenia dla fotografii von Zwehl. Portretowane studentki zatapiają się w muzyce i jeśli nawet nie jest to rodzaj transu czy odurzenia, kontemplują każdą wybrzmiewającą frazę. Ciemność rozprasza raptownie flesz lampy aparatu fotograficznego. W mgnieniu oka na kliszy zostaje utrwalony obraz pogrążonych w myślach (tudzież dźwiękach) kobiet. Każda z modelek ubrana jest w taki sam, zuniformizowany sposób i podobnie upozowana. Większość ma przymrużone lub całkowicie zamknięte oczy. Wyblakłe, niemal sterylne fotografie, z którymi spotyka się widz, nie zdradzają okoliczności ich powstania, nie mówią o łagodnej melodyce Pärta. Dotyczą cichej refleksji i szczerej chwili piękna, uchwyconej przez oko migawki.
Na wystawie zaprezentowano także serię portretów - „Made up love song” (zmyślona piosenka miłosna). Von Zwehl buduje tym cyklem pomost między nowożytnym malarstwem miniaturowym a współczesną fotografią. Idąc w ślady Starych Mistrzów, artystka tworzy portrety nie przekraczające formatem kilku centymetrów, po czym oprawia je w stosowne passe-partout. Na trzydziestu czterech zdjęciach pojawia się Sophia – pracowniczka Victoria & Albert Museum, która przez sześć miesięcy była muzą fotografki. Ustawiona profilem do obiektywu – z wyraźnym spokojem spogląda w stronę okna. Każda kolejna odbitka, choć podobna do poprzedniej, zdradza drobne różnice (np. uczesanie, zmiana oświetlenia). Wszystko jest grą niuansów. Długa praca nad cyklem wytworzyła porozumiewawczą więź między artystką a modelką. Ta intymność na miarę (zmyślonej) piosenki miłosnej ma swoje korzenie w tradycyjnych miniaturach – pierwowzorach fotografii Bettiny von Zwehl.
f.
Pierwiastek medytacyjny twórczości Pärta nie pozostaje bez znaczenia dla fotografii von Zwehl. Portretowane studentki zatapiają się w muzyce i jeśli nawet nie jest to rodzaj transu czy odurzenia, kontemplują każdą wybrzmiewającą frazę. Ciemność rozprasza raptownie flesz lampy aparatu fotograficznego. W mgnieniu oka na kliszy zostaje utrwalony obraz pogrążonych w myślach (tudzież dźwiękach) kobiet. Każda z modelek ubrana jest w taki sam, zuniformizowany sposób i podobnie upozowana. Większość ma przymrużone lub całkowicie zamknięte oczy. Wyblakłe, niemal sterylne fotografie, z którymi spotyka się widz, nie zdradzają okoliczności ich powstania, nie mówią o łagodnej melodyce Pärta. Dotyczą cichej refleksji i szczerej chwili piękna, uchwyconej przez oko migawki.
Na wystawie zaprezentowano także serię portretów - „Made up love song” (zmyślona piosenka miłosna). Von Zwehl buduje tym cyklem pomost między nowożytnym malarstwem miniaturowym a współczesną fotografią. Idąc w ślady Starych Mistrzów, artystka tworzy portrety nie przekraczające formatem kilku centymetrów, po czym oprawia je w stosowne passe-partout. Na trzydziestu czterech zdjęciach pojawia się Sophia – pracowniczka Victoria & Albert Museum, która przez sześć miesięcy była muzą fotografki. Ustawiona profilem do obiektywu – z wyraźnym spokojem spogląda w stronę okna. Każda kolejna odbitka, choć podobna do poprzedniej, zdradza drobne różnice (np. uczesanie, zmiana oświetlenia). Wszystko jest grą niuansów. Długa praca nad cyklem wytworzyła porozumiewawczą więź między artystką a modelką. Ta intymność na miarę (zmyślonej) piosenki miłosnej ma swoje korzenie w tradycyjnych miniaturach – pierwowzorach fotografii Bettiny von Zwehl.
f.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








